user_mobilelogo

Jak wyglądał rok 2020 z perspektywy osoby leczącej się po udarze? Jak sobie radzić i jak się leczyć w czasach pandemii? Czy jest już normalnie? Rozmawiamy z Kasią Siewruk, autorką bloga lewaczka.pl - lewa strona udaru.

Neuroaktywacja: Jak minął Ci rok 2020? Gdybyś miała go podsumować w trzech zdaniach, to co byś napisała?

Kasia: W codzienności bardzo nudno, z drugiej – obserwowanie i przeżywanie pandemii okazało się naprawdę interesujące (tak, wiem, że to źle brzmi). Najważniejsze jednak było pozapandemiczne: w moim życiu pojawił się narzeczony i jamnior. Oboje boleśnie głośni ;)

 

- Co było największym wyzwaniem dla Ciebie i co było / jest dla osób, które są po udarze, leczą się, muszą korzystać z regularnej rehabilitacji?

Kasia: To temat na esej, i to wielowątkowy! Dla mnie osobiście największym wyzwaniem było (i jest) opanowanie chaosu, który stworzył się wokół mnie. Dotyczył wszystkiego, co możliwe, mimo że pandemia nie postawiła mojego trybu życia na głowie, przecież jestem półbezrobotną rencistką :) Ale pytanie „iść czy nie iść do lekarza” nabrało nowego znaczenia. Każda wizyta u lekarza czy przychodni wiązała się ze zwiększonym ryzykiem zachorowania, a zignorowanie wizyt – pogorszeniem stanu zdrowia. To nie był tylko mój dylemat, zwłaszcza że czasami po prostu telewizyty nie są wystarczające.

 

Moje leczenie jest dość ustabilizowane, od dawna się nie rehabilituję z rehabilitantami (a samodzielnie, wstyd się przyznać, ćwiczę zrywami). Z tego co wiem, ludziom w kolejkach, czekającym na zabiegi, mającym zarezerwowane terminy w ośrodkach rehabilitacyjnych odwoływano wizyty, turnusy i musieli sobie jakoś radzić samodzielnie. Biorąc pod uwagę fakt, że od takich „prozaicznych” rzeczy zależy zdrowie, samodzielność, czasem życie chronicznie chorych osób, jestem pełna podziwu dla nich.

 

- Jak oceniasz sytuację teraz? Czy jest już więcej normalności? 

Kasia: W porównaniu do sytuacji kilka miesięcy temu jest cudownie, sama możliwość zdjęcia maseczki na ulicach to jedna z najlepszych rzeczy w tym roku! Raportuje się już stosunkowo niewiele zgonów związanych z Covid-19, stosunkowo niewiele zachorowań, większość moich przyjaciół i znajomych jest już po dwóch dawkach szczepienia, więc można się bez większego spięcia spotkać ze znajomymi, jest przestrzeń na wzięcie oddechu. Być może rozluźniliśmy się za bardzo, bo przecież zagrożenie nie minęło, ale ten temat zostawię dla mojego czarnowidztwa. W służbie zdrowia jeszcze pewnie trochę poczekamy na powrót do normalności, a szkody spowodowane pandemią, która się przecież jeszcze nie skończyła, będziemy odrabiać długo. Mam nadzieję, że krócej niż się spodziewam.

 

- Pewnie słyszałaś, że w ostatnim roku znacznie mniej osób po przebytym udarze nie zgłosił się lub zgłosił się bardzo późno do szpitala z powodu lęku przed wirusem? Jakbyś to skomentowała?

Kasia: Mam bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony się nie dziwię ludziom, strach robi swoje, obserwowanie, jak radzono sobie z pandemią też nie zachęcało do oddania się w zimne i niedające poczucia bezpieczeństwa objęcia szpitali. Z drugiej – każdy miał i ma świadomość, że koronawirus nie wykasował nagle wszystkich innych chorób. Ta sytuacja mogłaby wyglądać o wiele lepiej, gdyby ludzie więcej wiedzieli o udarach i innych powszechnych, niebezpiecznych chorobach. Szczerze mówiąc, wcześnie zauważyłam brak kampanii czy materiałów pokazujących ludziom nie tylko to, jak zachować się w przypadku podejrzeń o Covid, ale też w innych przypadkach, w jakich uprzednio po postu zadzwoniliby pod 112 albo zgłosili do szpitala. 

Jakiś czas temu miałam prawdopodobnie dość duży atak padaczki. Przyjechało pogotowie, lekarz powiedział wprost: w normalnych warunkach wziąłby mnie od razu do szpitala sprawdzić, czy to nie aby jakiś atak niedokrwienny, ale odradził to ze względu na sytuację na SOR-ach. Wydłużone do kilku godzin czekanie, ryzyko zakażenia. Doradził obserwację i ponowny telefon na 112 w razie pogorszenia stanu. Rodzice musieli zadecydować, w końcu zostałam w domu i żyję, więc pewnie to był naprawdę epizod epilepsji, nic poważniejszego. Jesteśmy rodziną obcykaną w medycznych sprawach, wiedzieliśmy, żeby dzwonić po karetkę, ale później trzeba było zadecydować, co robić. Rodzice wybrali dobrze. Czy ktoś mniej doświadczony miałby podobne podstawy do podjęcia decyzji?

 

- Z czym obecnie się zmagasz? Jakie masz plany na ten rok?

Kasia: Zmagam się z psem, z lękiem separacyjnym, narzeczonym, który uważa, że uroczo wyglądam, jak się wkurzam (przez co często wkurza mnie z premedytacją), szukaniem pracy, otyłością… To tak przyziemnie. Ale ogólniej to chyba najbardziej zmagam się ze smutkiem z zasiedzenia i takim poczuciem bezsensu. Wiele oddałabym za dwutygodniową (a nawet tygodniową!) podróż albo coś, co mnie bardzo podekscytuje. Fajnie byłoby też, żeby Arun (narzeczony) podzielił tę ekscytację, póki co to żyjemy w nieco innych światach. Jedyne, co planuję, to dalsze szukanie pracy, reaktywacja Lewaczki, a także założenie firmy. Miałaby działać w sferze pomocy niepełnosprawnym i to bez zdzierania z nich pieniędzy, więc jestem podekscytowana pomysłem. Zobaczymy, jak to się potoczy.

 

- Trzymamy kciuki! :)

glowna b2

glowna lewa v2

glowna prawa v2

W celu poprawnego funkcjonowania witryny, używamy plików cookies. Aby dowiedzieć się więcej zapoznaj się z naszą Polityką cookies.

Akceptuję cookies z tej strony