user_mobilelogo

Staram się nie odzywać, unikam sytuacji, gdzie muszę mówić głośno. Boję się ludzi. I dodatkowo nie lubię ludzi, założenia i na zapas. dopiero jak ktoś jest miły do mnie i rozumny wtedy ja się do niego przekonuję. Wiem, że powinnam inaczej, ale życie mnie nauczyło.

Anna Naskręt - autorka książki "Uwięziony krzyk" w felietonie dla portalu Neuroaktywacja.pl. 

 

Zaledwie kilka kroków od domu mam sklep...

Spożywczy, z obsługą.

Niektóre ekspedientki rozmawiają ze mną bez problemu. Rozumieją co mówię, odpowiadają na pytania. Czuję się wtedy jak każdy normalny człowiek. Czasem jak odwiedzam sklep zmianę ma ekspedientka, która nie rozumie co mówię i jest do mnie bardzo opryskliwa.

Pytam:

- Które wędliny dzisiaj są świeże?

Odpowiedź piskliwym głosem:

- Czego??

Nie poddaję się.

- Poproszę mały jogurt naturalny.

Ekspedientka: „Pudliszki czy Dawtona ma być??”

Ja rozumiem, że można mnie nie rozumieć, ale czy nie można dopytać?

Bo w tym momencie taka osoba robi u mnie za kretyna, tylko, że dla Niej to ja jestem głupia. Ale powiedzcie mi, gdzie w sformułowaniu „jogurt naturalny mały" jest słyszalny zlepek liter „przecier pomidorowy”?

   

Ta sama osoba, inny dzień.

Odzywam się:

- Poproszę suchego wafla gofrowego - mówię drukowanymi, głośno i wyraźnie.

Słyszę: „Co?” i dostaję sok. Kubusia.

Rozumiem, że w słowie wafel słychać słowo Kubuś. Wtedy odezwała się Pani w kolejce za mną i powiedziała co mówiłam. Podziękowałam Jej.

 

Przykłady w tym miejscu mogę mnożyć, często jak widzę moją „ulubioną” sprzedającą po prostu robię zwrot w tył i nawet tam nie wchodzę.

Jestem dla Niej głupia i z tego powodu jest mi źle i przykro, bo przecież można dopytać jak się nie rozumie co mówię. Jakoś inne osoby sprzedające w tym sklepie rozumieją mnie bez problemu.

Ale po co się wysilać, empatia słowo obce. „My tu empatii nie stosujemy” - jak powiedział kiedyś jeden Pan w TV.

A tymczasem jestem wściekła, czerwona ze złości i czuję się jak idiotka. Ja....

 

Potrzebowałam nowych okularów. Jako że oprócz wyżej wymienionego sklepu nie poruszam się sama, ale wraz z partnerem, udałam się do optyka, który bada też wzrok.

Wcale nie miałam ochoty tam iść, chciałam zrezygnować, ponieważ byłam tam kilka dni wcześniej, umówić się na wizytę.

Mówiłam do Pana optyka, on nie podniósł nawet wzroku znad komputera. Wręcz unikał mojego jak się schyliłam.

Był opryskliwy, odpowiadał, a raczej wyrzucał z siebie urywane słowa. Zdegustowana zabrałam kartkę z terminem i wróciłam za tydzień. Mimo wszystko wróciłam, ponieważ uważam, że osoby mające kontakt z klientem powinny mieć w sobie jakąś dozę uprzejmości. A jak nie potrafią mogą iść odgarniać śnieg.

Podałam kartkę z terminem i usiadłam czekając.

„Proszę za mną” usłyszałam grzmiące słowa.

Jakby do jakiejś uczennicy z podstawówki mówił dyrektor, nosz kuźwa… Czy zawsze muszę mieć takiego pecha do ludzi?

Podczas badania, polegającego na tym, że Pan „esesman” zdawał mi pytania i zamieniał szkła okularów, usłyszałam od niego zadanie, które wypowiedział tonem, w którym było wiele emocji - twierdzącym, zaskoczonym, nagle wesołym:

„Ale Pani dobrze odpowiada!”

No, czyli już zupełnie miły „esesman” założył wcześniej, że jestem niezupełnie zdrowa na umyśle. Bo sam był zaskoczony, że jednak nie jestem głupia.

Jemu ulżyło, a mi się zrobiło znowu smutno.

       

Często z partnerem jeździmy tramwajami.

Tam już podczas wsiadania (tak mam z tym problem) jestem atrakcją turystyczną.

Ale jak się odezwę do partnera - a muszę głośniej, bo hałas - to wtedy powinnam się czuć niczym ósmy cud świata.

Pasażerowie wyciągają szyję i obracają głowami jak surykatki „kto to powiedział, co to było?"

I znowu czuję się jak głupia…

       

Na ulicy przechodnie patrzą na to jak idę, jak się poruszam. Czasem przystają gapiąc się na mnie, aż zapominają wtedy zamknąć usta.

Przecież to oni zachowują się jak głupcy, ale nie mają skrupułów. Za to ja znowu czuję się beznadziejnie...

Jak odezwę się wszędzie tam, gdzie są ludzie, staję się sensacją. Patrzą w moją stronę i mają przy tym minę pełną obrzydzenia, minę z gatunku „kto się zesrał?”

 

Nie dzwonię nigdzie (bardzo to utrudnia życie), ponieważ nic nie mogę załatwić, a często i się dowiedzieć. Kiedyś, gdy próbowałam dzwonić słyszałam otwarte szeroko oczy osoby po drugiej stronie słuchawki. Tak, to słychać, słychać konsternację i takie nieśmiałe pytanie: „czy mogę rozmawiać z kimś dorosłym?"

Albo „proszę zadzwonić, jak Pani wyzdrowieje” (to powodzenia, chciałoby się rzucić).

To samo jest, jak dzwonią do mnie akwizytorzy... Kołdry, garnki, pokazy. Wiecznie to samo...

Wstyd mi ciągle za to jak mówię, a powinno być każdemu innemu, kto mnie uważa „z nią coś nie tego”.

Czasem mi tak wstyd, krępuję się, wszystko mnie swędzi, nerwowa jestem, dusi mnie z nerwów, gula nieznanego pochodzenia tkwi w gardle, aż mi brakuje oddechu.

Na szczęście nie mam tego wypisanego na czole.

Ale kto tego nie ma, mimo empatii nie zrozumie.

 

Przekształciło się to u mnie na fobię.

Staram się nie odzywać, unikam sytuacji, gdzie muszę mówić głośno.

Nie odezwę się w przychodni, bo zaraz 15 osób gapi się „co, kto to mówiło?”

W sklepach wycofuję się z kolejki i przepuszczam wszystkich niczym robot kolejkowy z serialu „Alternatywy 4”. Nie chcę, żeby ktoś stał za mną, żeby mnie słyszał.

Jak w kolejce stoję z osobą, która akurat mi towarzyszy zawsze mówię „mów za mnie”.

Boję się ludzi. I dodatkowo nie lubię ludzi, z założenia i na zapas. Dopiero jak ktoś jest miły dla mnie i rozumny, wtedy ja się do niego przekonuję. Wiem, że powinnam inaczej, ale życie mnie nauczyło.

 

Byłabym niesprawiedliwa nie wspominając o tym, że są osoby, które mnie rozumieją i nawet nie dają odczuć, że inaczej mówię.

Chociaż zdarzają się rozmówcy, którzy nie rozumieją co mówię, ale kiwają, potakują i odpowiadają zupełnie inaczej.

Mówię: „Ładne masz dżinsy". 

Odpowiedź: „Tak, tak, ładna dzisiaj pogoda”.

 

I tych przykładów również jest mnóstwo, musiałabym je zapisywać, żeby zapamiętać.

Znajoma pyta w jakim sklepie kupiłam ten rodzaj herbaty sypanej. Zanim zdążyłam nabrać powietrza i odpowiedzieć zdążyła wymienić 5 sklepów z herbatami. A zanim odpowiedziałam to już byłam zła, wściekła.

Prawie wszędzie i prawie zawsze jestem uważana i traktowana jak głupia, nierozumna.

Często do mnie mówią GŁOŚNO I WYRAŹNIE, żebym zrozumiała.

Często zaczynam słowo „szu...”

Współrozmówca: „szósta”?

Ciągnę dalej: „szusować”.

 

Kolejny przykład to osoba, która porusza ustami bezgłośnie „mówiąc” równocześnie ze mną.

Wtedy ręce, cycki i nastrój mi opadają.

No, ale to ja czuję się jak idiotka.

Muszę iść do dentysty, moja kochana dentystka została 350 km dalej, w moim rodzinnym mieście. Boję się iść do nowego, bo nie potraktuje mnie poważnie, weźmie za idiotkę.

Po wielu latach zapuściłam włosy, ale wymagają ładu i składu, potrzebuję wizyty u fryzjera. Nie pójdę, bo boję się, że mnie potraktuje niepoważnie, że tak delikatnie to nazwę.

 

Nie mogę wypowiadać się na temat innych niepełnosprawnych, każdy czuje przecież co innego. Jeden się przejmuje, inny ma zupełnie wywalone na takie traktowanie.

Ale to osoby pełnosprawne powinny się puknąć czasem w łeb, ugryźć w język. Bo jestem pewna, że w naszym społeczeństwie chory ruchowo czy właśnie mający problemy z mówieniem jest traktowany pobłażliwie i dosłownie jak głupi. „Co on tam myśli, co on tam wie?”

Jest to bardzo krzywdzące i niesprawiedliwe.

I nikt, nawet osoba najbliższa tej z niepełnosprawnością nie wie do końca jak ona się czuje, co myśli, co ją boli.

Nikt nikomu w głowie nie siedzi.

 

Przez 21 lat swojej kariery chorobowej spotkałam wiele osób bardzo chorych, pokrzywdzonych przez los, ale za to bardzo mądrych, studiujących.

Chłopak 23 lata, na wózku, schorowany, męczony przykurczami, ledwo mówiący. Z założenia społeczeństwa jest upośledzony umysłowo.

A ten chłopak studiuje dwa kierunki jednocześnie, ma ogromną wiedzę, jest bardzo inteligentny.

Ale wszyscy patrzą z wyższością, no bo przecież „co on tam wie…”

 

Takich osób jest mnóstwo, często kryją się w zaciszu domowym ze strachu przed ocenianiem.

Ja staram się żyć normalnie, ale czasem to wściekłość mnie rozsadza, no bo ile można znieść spojrzeń, komentarzy. I nie jestem przewrażliwiona, mówią „Nie przejmuj się, nie bierz tego do siebie.”

Czasem faktycznie tak jest, ale są dni, kiedy mam ochotę schować się z kotem w jego domku.

Tylko nie wejdę na szafę :)

Napisała dla Was 
Anna Naskręt

glowna b2

glowna lewa v2

glowna prawa v2

W celu poprawnego funkcjonowania witryny, używamy plików cookies. Aby dowiedzieć się więcej zapoznaj się z naszą Polityką cookies.

Akceptuję cookies z tej strony